^Góra strony

foto1 foto2 foto3 foto4 foto5
foto5

Tekst Franciszka Stryja o katowickim więzieniu

Franciszek Stryj, W cieniu krematorium, Katowice 1960, s. 119-120

Pewnego wieczoru przerwał ciszę nocną niesamowity ruch w celach leżących pod naszymi. Na parterze znajdowały się pomieszczenia skazanych na śmierć. Oddział ten nosił nazwę B-l. Podeszliśmy do drzwi, by lepiej słyszeć, co się tam dzieje. Twarde kroki wachtmajstrów przenosiły się z celi do celi, zatrzymywały się na chwilę, potem słychać było otwieranie zamku pękiem dźwięczących kluczy, przytłumiony rozkaż: „rraus" i zrezygnowane kroki skazańca w drewnianych trepach. Tej nocy opróżniono 14 cel. Wszystko szło spokojnie, według programu. Raz tylko słychać było szamotanie się ofiary, uderzenia pękiem kluczy w głowę i rozpaczliwy krzyk: „Pozwólcie mi żyć! Jestem niewinny! Ja mam dzieci!”

Po pewnym czasie zapanowała cisza. Reszta pozostałych kandydatów śmierci odetchnęła z ulgą, że jeszcze nie dziś!

Wyprowadzeni o północy więźniowie zgrupowani zostali w ustronnej sali obok drzwi wyjściowych i otrzymali papier listowy i ołówek dla skreślenia ostatnich słów do swoich najdroższych. Każdemu z nich dano po 3 papierosy, kawałek chleba i garnuszek kawy.

Po godzinnym oczekiwaniu rozbierano skazańców do naga, odziewano ich w papierową koszulę i wyprowadzano pojedynczo - z rękami związanymi.

Na placu więziennym stał niski murowany budynek, w którym znajdowała się gilotyna. Skrępowanego skazańca wyprowadzało dwóch pomocników kata poprzez bramę więzienną do budynku stojącego na lewo od bramy. Z chwila przestąpienia progu domku oślepiało człowieka rzęsiste światło. Parę kroków dalej zwisała ciemna kotara, przecięta pionowo na dwie części. Pomocnicy kata przechodzili przez nią ze skazańcem i rzucali go twarzą w dół na pochyłą drewnianą rynnę, zakończona słupkami. W tym momencie kat zwalniał noga pedał, podtrzymujący potężny nóż, który spadając wzdłuż słupków, odcinał człowiekowi głowę. Strumień wody spłukiwał tryskającą krew i zmywał kamienną posadzkę. Po usunięciu na bok trupa, nóż podnosił się znów na wysokość 1,5 metra, czekając na następną ofiarę.

Siedzieliśmy z Józkiem skuleni pod ścianą celi. Natężaliśmy słuch. Mniej więcej w godzinę po wyprowadzeniu z cel skazańców usłyszeliśmy pierwsze, głuche, wstrząsające tąpnięcie gilotyny. Zdawało się, że potężny stukilowy młot uderzył z wysoka o drewniane, głęboko w ziemię zakotwiczone słupy. Liczyliśmy dokładnie. Młot wstrząsnął posadami więzienia czternaście razy.

Każdy wstrząs robił na nas niesamowite wrażenie. Odczuwaliśmy namacalnie, że koszmarne upiory tańczą wokół więzienia z piskiem i chichotem, cieszą się z tego, że znów spotkało kogoś największe nieszczęście. „Jeszcze, jeszcze" świszczał przenikliwy szept pomiędzy jednym a drugim uderzeniem spadającej gilotyny.

– Wieczny odpoczynek racz im dać Panie!

 

 

Copyright 2018  Archidiecezja Katowicka

 ภาพตัวอย่าง หน้าเกมการเล่น godenslot