Wiadomości

Sługa Boży Ksiądz Jan Macha
Kazanie wygłoszone w kaplicy Aresztu Śledczego w Katowicach przy ul. Mikołowskiej 3 grudnia 2019 r. w 77. rocznicę męczeńskiej śmierci Sługi Bożego ks. Jana Machy

„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”. Chrystusowe słowa z dzisiejszej Ewangelii przypominają nam, że tajemnice Boże można odkryć tylko w perspektywie wiary; że nasza ograniczona, ludzka percepcja musi stanąć przed pewnymi sprawami w zadumie i nie szukać racjonalnych rozwiązań.
Ekscelencjo, Księże Arcybiskupie! Bracia Kapłani, Klerycy. Kochana Rodzino Sługi Bożego! Siostry i Bracia w Chrystusie!
Jesteśmy w miejscu szczególnym. I czas jest niezwyczajny. Cztery dni po ogłoszeniu decyzji papieża Franciszka uznającej męczeństwo ks. Jana Machy, Hanika ze Starego Chorzowa. Wróćmy do wydarzeń sprzed 77 laty. Noc z 2 na 3 grudnia 1942 roku to była noc z środy na czwartek. Od trzech dni trwał adwent. Kościół zgodnie z tradycją rozpoczął czas przygotowania do Bożego Narodzenia. Czas oczekiwania na spotkanie z przychodzącym Panem. Dla ks. Jana Machy – chyba można tak powiedzieć – przyspieszony adwent rozpoczął się 17 lipca 1942 r., gdy wydano na niego wyrok śmierci. On go przeżywał konfrontując się z dotychczasowym swoim życiem, podejmowanymi decyzjami, wyborami. Uwięziony, dręczony, poniżany, nie miał komfortowych warunków do przeżywania swoistych rekolekcji sposobiących go do spotkania z przychodzącym Panem. A jednak przeżył ten czas bardzo intensywnie i owocnie. Tym bardziej chce nas zmobilizować, by nie przespać adwentu swego życia, by nie zlekceważyć daru swego powołania życiowego, by nie zmarnować okazji do czynienia dobra, by usłyszeć głos przemawiającego do nas, czasem bardzo wyraźnie, a innym razem zaledwie szeptem, Boga.
Ks. Jan Macha był człowiekiem adwentu!
„Czuwajcie” – tak często powtarza się to wezwanie w kontekście adwentu. Wraca ono w tekstach biblijnych, w pieśniach kościelnych, w modlitwach.
Jan Macha czuwał. Ta czujność wyrażała się już od młodości w nadzwyczajnej wrażliwości na biedę i potrzeby innych. Jego mama wspominała: „Czuły był na nędzę ludzką. Zawsze obdarowywał biedaków przychodzących po jałmużnę. Umiał pocieszyć w smutku i rozweselić wszystkich”.
Jan Macha czuwał nad swoim powołaniem. Jako kleryk przewyższał kolegów gorliwością i zaangażowaniem. A przede wszystkim dobrocią. Jego kolega rocznikowy, ks. Konrad Szweda, napisał tuż po wojnie tak: „Z głębokiej miłości Boga wypływa czynna miłość bliźniego. Współczucie nad ludzką nędzą to najpiękniejsza cecha charakteru ks. Machy. Tym wyróżnia się w seminarium. Kiedy matka przywiozła do Krakowa paczkę, Janek zwoływał kolegów z kursu, obdarowywał i dzielił, aż mu nic nie zostało. To sprawiało mu radość. Bawił nas opowiadaniem, pełnym gestykulacji i optymizmem życia. Lgnęliśmy do niego wszyscy. W jego naturze leżał wstręt do nienawiści i malkontenctwa”.
Jan Macha czuwał jako kapłan. Jak Dobry Pasterz troszczył się o powierzone jego pieczy owieczki. Z zapałem przygotowywał dzieci do I komunii św., prowadził do Jezusa młodych, z pieczołowitością wypełniał zadania wikarego, z przejęciem sprawował sakramenty i głosił słowo Boże, zawsze solidnie przygotowując się do kazań. A że tak było świadczą słowa jego proboszcza, ks. Skrzypczyka, który wyznał: „W osobie ks. Machy straciłem najlepszego wikarego i prawdziwego pocieszyciela”.
Adwentowa czujność w sposób szczególny, jak wspomniałem, objawiła się podczas uwięzienia i oczekiwania na wykonanie wyroku.
Ks. Jan czuwał. Czuwał, gdy po usłyszeniu wyroku mówił: »taka jest wola Boża i trzeba ją przyjąć«. Jak dobitnie w tych słowach wybrzmiewa ewangeliczne „Ojcze, jeśli taka Twoja wola, przyjmę ten kielich”.
Czuwał, gdy nie mogąc samemu sprawować mszy św. cieszył się ze spotkań z kapelanem, gdy mógł się wyspowiadać i raz w tygodniu przyjąć komunię św.
Czuwał, gdy w dłoniach przesuwał szorstkie węzełki sznurkowego różańca i pisał w liście do rodziców :„Moją jedyną radością jest święty różaniec”.
Czuwał, a to czuwanie objawiało się w niegasnącej nadziei. Życie nadzieją sprawiało, że nie dopuścił do rozpaczy, że nie żalił się na swoje życie i z godnością przyjmował wszelkie upokorzenia i prześladowanie.
Czuwał, gdy w ostatnim liście na trzy godziny przed śmiercią zapewniał, że ma wiarę w miłosierdzie Boże: „Idę przed Wszechmogącego Sędziego, który mnie teraz osądzi. Mam nadzieję, że mnie przyjmie. Moim życzeniem było pracować dla Niego, ale nie było mi to dane”  i wyrażał wiarę, że spotka się w niebie z najbliższymi: „Do widzenia tam w górze u Wszechmogącego”.
Adwentowe ścieżki ks. Jana Machy doprowadziły go na spotkanie z wychodzącym mu naprzeciw Panem. Nieopodal tej kaplicy, po drugiej stronie więziennego dziedzińca, kładąc głowę pod ostrze gilotyny … został przygarnięty przez Miłosiernego; przez Tego, Któremu pozostał do końca wiernym.
A nasz adwent wciąż trwa. Kierunek i cel znamy. Pozostaje postawić sobie pytanie: jak czuwamy?!