Wiadomości

Sługa Boży Ksiądz Jan Macha

"Krótko po 22 czerwca 1942 roku ks. Jan Macha został poinformowany przez adwokata o terminie rozprawy. W związku z tym parę dni później został przewieziony do więzienia w Katowicach przy ul. Mikołowskiej. Proces wyznaczono na piątek 17 lipca 1942 roku. Rozprawa sądowa odbyła się w gmachu sądu w Katowicach przy ul. Andrzeja w sali nr 89. Osadzony poprosił rodzinę, by wsparła go  tym dniu w sposób szczególny swoimi modlitwami. Z zachowanej księgi Ogłoszeń Parafialnych parafii św. Marii Magdaleny w Chorzowie dowiadujemy się, że w dniu procesu rodzice zamówili Mszę św. Ks. Jan żywił nadzieję, że w czasie procesu zostanie dowiedziona jego niewinność i będzie mógł wrócić do domu rodzinnego. Pisał bliskim, że rozprawa odbędzie się w „(…) piątek, a więc w dzień poświęcony Sercu Jezusowemu, które w moim życiu tak często mi pomagało, tak teraz też mi pomoże. Kochany Zbawca wie, że ja w dobrej wierze pracowałem i pomagałem”.

Nadszedł dzień 17 lipca 1942 roku. Do gmachu katowickiego sądu przybyli bliscy ks. Jana Machy: jego rodzice, siostra matki Klara Frymel i siostra Róża. Do sali sądowej nie zostali wpuszczeni. Rozprawa toczyła się od 9.00 do 13.00 i po przerwie od 14.00 do 19.00.

Ks. J. Masze zarzucono to, że wspierał polskie rodziny i został oskarżony o zdradę stanu. Świadkami występującymi przeciwko oskarżonemu byli gestapowcy: Baucz i Gawlik. Adwokatowi odebrano prawo głosu, dlatego ks. Jan sam wygłosił półtoragodzinną mowę obronną. Uzasadniał swoją postawę tym, że jako kapłan czynił wszystko na wzór Jezusa. Przez cały dzień ks. Jan nie otrzymał nic do jedzenia i picia. Rodzina przez cały czas czuwała na korytarzu i nawet w czasie przerwy nie pozwolono im zbliżyć się do oskarżonego.

Wreszcie wieczorem wydano wyrok: kara śmierci przez ścięcie. Ks. Jan przyjął wyrok spokojnie. A jak wiadomość o karze śmierci przyjęła rodzina? Wspominała o tym obecna na miejscu Róża, siostra ks. Jana: „Rodzice siedzieli na korytarzu w kącie, ja zaś stałam tuż przy drzwiach. Jak drzwi się otworzyły widziałam Hanika w kajdankach. Powiedział głośno „Rózia – kara śmierci, ale choć zaraz za nami”, było ich trzech. Rodzice nie potrafili iść tak prędko. Skazańców wprowadzili do windy. Ja pobiegłam szybko pod bramę więzienia, a rodzice powoli, bo był to dla nich ogromny cios. Przyszłam pod bramę więzienia i domagałam, by strażnik nas wpuścił do więzienia, ale on żądał ode mnie przepustki, a ja nie miałam nic, ale za chwilę ktoś mnie po ramieniu klepie, a to brat. Zaczekaj, najpierw my musimy wejść, a potem Wy. No i tak było, osądzeni weszli i zostaliśmy wpuszczeni do pokoju przyjęć w więzieniu. Każda rodzina była w jednym kącie. Brat Hanik prosił tylko, żeby się napić i wszyscy osądzeni, ale strażnik powiedział, że nie wolno. Brat nawet mówić nie potrafił, ale powiedział „Zostańcie”. Jedno prosił, żeby zrobić odwołanie, wyrok może być wykonany do 99 dni. Razem z nim byliśmy 15 minut, nie wolno było się nawet pożegnać, mamie i ojcu było bardzo ciężko”.

W brewiarzu przekazanym po śmierci ks. A. Gaszowi pozostawił kartkę napisaną własnoręcznie: „Macha Johann zum Tode verurteilt den 17 VII 42” oraz modlitwę do Chrystusa o miłość, w której napisał „Oddaję się Jemu z całą moją osobowością”.

(D. Bednarski, Żyłem krótko, lecz cel swój osiągnąłem, Katowice 2013)